„Nawet nie waż się być kimś mniej niż Możliwie Najlepszym Sobą!” – czyli marka osobista Bożenki z „Klanu”
„Jestem estetką. To prawda.” – mówi nam z instagramowego konta Agnieszka Kaczorowska. Bycie estetką może być całkiem sympatyczne, szczególnie jeżeli to prawda. Media społecznościowe właśnie po to są: żeby społeczność mogła Cię poznać i… ocenić.
Pani Agnieszka ocenia więc nowy trend, czyli tak zwaną „modę na brzydotę”. Ocenia zdecydowanie niepochlebnie, bo jako estetka uznaje, że moda ta ładna nie jest. I coś w tym jest, że jak coś nie jest ładne, to może się nie podobać.
W zasadzie informacja o ciągotach Pani Agnieszki do określonej estetyki byłaby niespecjalnie interesująca, gdyby nie fakt, że w poście pojawia się wezwanie do tego, żeby nie ulegać „modzie na brzydotę” i za bardzo nie promować ruchów bodypositive.
I tego tu już nawet nie ma co komentować, tylko trzeba się napić kawusi i pomyśleć coś dobrego o alpakach albo szczeniaczkach i zapomnieć o tym estetycznie sformułowanym postulacie.
Co mnie jednak zastanowiło w całej wypowiedzi, to postulat, aby życie było, tu zaparafrazuję, budowaniem marki osobistej opartej na superlatywach.
I Ja bardzo Panią Agnieszkę przepraszam, ale ja stanowczo podziękuję za ten koncept. Może to tylko ja, ale żyłam sobie w przekonaniu, że markę osobistą to i owszem, buduje się, gdy ma się firmę opartą na osobistej działalności, lub gdy chce się zdobyć intratną posadę w międzynarodowej korporacji zapewniającej wczasy służbowe w raju, samochód służbowy co pomieści 5 dzieci i psa, a dodatkowo 3 godziny dziennie w strefie ciszy, żeby odpocząć po tym odwożeniu dzieci i psa do placówek oświatowych. Żeby jednak tak każdy, absolutnie i bez wyjątku, miał tą markę budować sobie codziennie i z mozołem przez życie całe?
Raz, że budowanie własnej marki osobistej to jednak proces dość wyczerpujący, więc nie miałybyśmy czasu na oglądanie tego co inni wybudowali i koniec końców, każdy budowałby dla siebie i potem zaraz szedł spać.
Dwa, że istniałaby groźba, że zamienimy się w wolne atomy egocentryzmu, bo jednak taki wkład w budowanie siebie, może sprawić, że nie starczy nam energii i ochoty na bycie dobrymi przyjaciółmi, czy większymi altruistami.
I po trzecie: to wcale nie jest tak, że wieczne ulepszanie siebie jest naszym obowiązkiem.
Świat w którym narzucamy sobie, że zawsze musimy więcej i choćby jeszcze trochę, bo ciągle jest nam za mało wszystkiego, jest światem, w którym przemykamy przez nasze dni w pogoni, tracimy je na czekanie i coraz bardziej ignorujemy bliskich nam ludzi, bo nie mamy dla nich już siły. Bywamy trochę jak chomik, co to mógłby sobie generalnie poleżeć, ale coś go ciągnie do tego, żeby całą noc biegać do utraty tchu w kołowrotku, którego skrzypienie stawia do pionu wszystkich domowników.
Pęd do tego, żeby zawsze znaleźć się w innym miejscu, jest niezwykle toksyczny. Wyobrażamy sobie, że jak będziemy na przykład lepiej wyglądać czy mieć nowy dom, samochód, to wtedy będziemy szczęśliwe. A tak realnie? Czy radość z nowego samochodu, da nam tyle szczęścia, że zrekompensuje to czas i energię stracone na jego zdobywanie? Może przez chwilę jazdy kabrioletem tak, ale to raczej do czasu aż spadnie nam z włosów apaszka i będziemy niczym chłopaki z kapel w szalonych latach 80tych.
Mając poczucie, że musimy stać się kimś więcej, zrobić więcej pozbawiamy się prawa do bycia z siebie zadowolonymi.
To bardzo fajne uczucie, jak się jest z siebie zadowoloną. Można się do siebie uśmiechnąć i kupić sobie lody albo sałatę, co tam kogo uszczęśliwia.
Zdarzy się też i tak, że nie wszystko nam wyjdzie, że nie zrobimy tego co sobie zamierzyłyśmy, że ciasto nie urośnie, okna nadal będą nieumyte a dzieci do szkoły wezmą chrupki ryżowe a nie zdrowoprzekąskowego lunchboxa.
Mamy też prawo być z siebie niezadowolone. Przecież zdarza się, że nawalimy, nie damy rady. Wszystkim się to zdarza. Niekoniecznie też musimy wyciągać lekcje z każdej takiej sytuacji. Czasami możemy pozostać na wkurzaniu się na siebie i już. Nic dalej. Chyba, że lubimy kosić ogród na fali tego wkurzenia, to wtedy mamy piękną murawę. I tyle, też dobrze.
„Moda na brzydotę” to bardzo pejoratywne określenie normalności. Jeżeli fakt, że ktoś pokaże swoje zmarszczki, zmęczenie, nieuprasowane ubrania lub bałagan w domu budzi taki sprzeciw, to znaczy, że dotarłyśmy do punktu, w którym normalne aspekty życia stają się patologią.
Nie mówię, żeby nie stawiać sobie celów, bo bez tego nic byśmy nie zrobiły. Miejmy tylko na uwadze, że sukces jest abstrakcyjny a życie jest tu i teraz. Spróbujmy go doświadczać.
Jeżeli jednak nie będzie nam po drodze z Panią Agnieszką na szczyt, to nie znaczy, że będziemy siedzieć we wspomnianym przez nią „błotku”. Możemy sobie siedzieć na łące i obserwować tych którzy ten szczyt zdecydowali się zdobyć i kibicować im lub też zając się czymś pożytecznym, jak na przykład jedzenie truskawek i patrzenie w niebo i nieczytaniem książki, którą powinniśmy przeczytać lub nieobserwowaniem instagramowych profili, które powodują w nas dyskomfort.