“Dear Rysiu, nie wyobrażasz sobie, co dziś widziałam!” - czyli historie, które opowiada się zdjęciami.

“Dear Rysiu, nie wyobrażasz sobie, co dziś widziałam!” - czyli historie, które opowiada się zdjęciami.

Chcę Was dziś zabrać w podróż po mojej wrażliwości. Pozornie to przewrotnie brzmi w kontekście tego, że będę pisać o edycji zdjęć i ich retuszu. Doświadczenie pokazało mi jednak, że najważniejsze w byciu retuszerem jest „niebycie” retuszerem.

Chodźcie za mną.

lekki kontrast Adobe Photoshop retusz

Dear Rysiu,

wracałam dziś do domu przez naszą wioseczkę. Było ciągle jasno, choć słońce już dawno za horyzontem, to dolinka nadal cieszyła się rozproszonym przedwieczornym światłem. To mogło być koło dwudziestej, choć nie wiem na pewno, bo zegarek zgubiłam w lesie chwilę już temu. W zasadzie to zaczynam czuć, że dobrze mi z tym niewiedzeniem, nie tylko co do godziny. Ty lubisz wiedzieć, ile jeszcze czasu do czego zostało. Ja mam za mało tych “czegosiów”, żeby skrupulatnie liczyć między nimi przystanki.

Łąka była taka zielona i miękka. Zdjęłam buty i tuptałam sobie przez chwilę. Stopy tonęły w tym puchu wilgotnej wieczornej trawy, jakbym stała na czymś niematerialnym, baśniowym — prawie czekałam, aż gdzieś znienacka wyskoczy Królik. I tak stałam tam i czekałam, chwilkę zapewne, a jakbym stała latami.

Teraz gdy w domu o tym myślę, zdaje mi się, że chyba musiało być to później jednak, bo dom Sołtysa ginął już w lekkim mroku. I prawie nie było widać tych “ekspozycji sztuki prowincjonalnej”, jak nazywasz zgromadzone w kupach przed jego domem wszystko.

Zawsze uśmiecham się na ten widok i myślę, że jeżeli kiedyś te kurhany znikną, to będzie mi ich brakować, jak kawałka naszej historii, jak zgubionego ulubionego kapelusza, który się dostało w prezencie.

Tak, mogło być już całkiem wieczornie, tylko zaabsorbowana energią dnia nie zauważałam aż tak dokładnie, że weszliśmy już w godziny tajemniczości.

Bo gdy przychodzi sierpień słońce kładzie promienie tak, że nie umiem oprzeć się wrażeniu, że jesień wykrada latu te dni. Wieczory są nadal długie, ziemia oddaje zapach ciepła. Stopy łapczywie chłoną oddech łąk. Oczy wpatrzone w horyzont pragną pochwycić coś, w zasadzie nie wiadomo co i czy faktycznie chciałyby to pochwycić, czy sycą się jedynie tym pragnieniem.

A może to jest Rysiu już jesień? Może widzę lato, bo nie chcę się z nim żegnać. A jest zupełnie odwrotnie. Jesień nieśmiało pojawia się w naszych życiach a lato uparcie nie chce zrobić dla niej przestrzeni. Czasami tak to widzę Rysiu mój. Chciałabym z Tobą stać tam i decydować, łapać we włosy wietrzyk i spierać się, czy jest on już chłodny, czy jeszcze ożywczy po gorącym dniu. Zbyt gorącym dla Ciebie a ode mnie wymagającym już sweterka.

Powietrze pachniało żniwami. Ostatnie promienie niskiego słońca kładły się na polach na horyzoncie. Wszystko było zasnute, jakby oglądać świat przez dym z kadzidła. Chyba jest bardziej jesiennie niż zawsze o tej porze a może to ja jestem bardziej nostalgiczna teraz. I chętnie bym się otuliła kocem i czekała na długie ciemne wieczory, w które można się skryć ze swoim nic nierobieniem i natrętnymi myślami. W takie wieczory czas nie płynie, bo jest ciemno i nie ma jak go mierzyć, więc można cieszyć się poczuciem, że się go nie marnuje wcale a wcale.

Wszystko wydaje mi się w te dni takie odległe, lekko bezbarwne, nijakie. Nie masz tak, Rysiu? Że czasami patrzysz i świat jest a jakby go nie było, bo wszystko takie płaskie i nic zupełnie nie znaczące w danej chwili. Niby widzisz domy, drzewa, pola. Wydaje Ci się, że patrzysz, tylko Ci się wydaje, bo to patrzą tylko Twoje oczy a nie Ty. Nie jest ważne, czy jest ciemno czy jasno, czy dzisiaj czy dawno temu, czy ciepło czy zimno. Nagle nic nie jest ważne, bo Ciebie tam nie ma, choć tam stoisz bez ruchu od godziny pewnie. Nie miewasz tak? Raczej nie. Pomyślałam, że to niemożliwe, żebyś utknął gdzieś na godzinę w totalnym niedziałaniu, nie Ty Rysiu, nie Ty.

Dziwne są te czasy Rysieńku. Idę sobie wioseczką i to o czym kiedyś, jeszcze wczoraj, myślałam, że będzie zawsze, nagle jest jakieś inne, obce, nieoswojone, bo może zaraz zniknie, jutro może już mnie nie będzie, albo tu nie będę już na nigdy.

Są momenty, że boję się nawet zastanawiać, czy mogę te miejsca traktować jak moje, czy ja jestem tych miejsc.

Jest tylko cisza a cisza nie pozostawia miejsca na cenzurę myśli,  to dlatego ludzie ciągle zagłuszają ją hałasem. Moja cisza mówi, więc przypomniało mi się nagle, że się na Ciebie gniewam. Rozzłościłam się na siebie, bo takie bezsensowne to moje gniewanie. I o co? Nawet Ciebie tu nie ma a ja gniewam się w przestrzeń o coś, o czym zapomnę, gdy tylko Cię wreszcie zobaczę. A przez tę złość wszystko dookoła stało się upiorne. Wieża kościoła wydaje się nagle taka groźna, obserwująca, czekająca aż się poruszę, żeby móc mi towarzyszyć w drodze. Czuję, że powinnam się zgarbić, żeby uniknąć jej spojrzenia. Wszystko inne przestaje się liczyć, tylko chęć schowania się i bezpieczeństwa trochę, ale wszędzie tylko mrok a jak się bezpiecznie schować w mroku? Każde czasy są ciężkie, tylko niektóre są ciężkie dla innych. Te właśnie zaczęły być ciężkie dla nas, nie przestając być okropnymi dla innych.

Widziałam rano całe rodziny z walizkami. Mnóstwo osób. Stali i patrzyli przed siebie i na siebie. Patrzyli na to miejsce, w którym żyli, a którego nie ma. Patrzyli na tych ludzi, których kochają a których nie ma. Stali tu, patrzyli tam. Na te zgliszcza patrzyli, na te płomienie, na to nic. Tak jakby świat znikał, zasnuwał się dymem, zabierał nam to wszystko, co jeszcze przeć chwilą cieszyło a teraz jest gdzieś tam, albo już tego nie ma i nawet o tym nie wiemy jeszcze. Co się wyłoni, gdy ten dym opadnie?


Pytaniem kończę ten list. Czekam na Ciebie. Na nas czekam.

 

P.

  

“Większość tego co przyjmujemy za pewnik, że “świat taki jest”, w rzeczywistości jest światem takim, jakim go pamiętamy. Pamiętanie jest procesem rekonstrukcji i za każdym razem, kiedy przywołujemy wspomnienie, jest ono odbierane przez mózg jako nowa informacja.” [*]

 

Wyobraź sobie, że robisz zdjęcie w maju. Na dworze piękna zieleń, radość natury, ciepło, swobodnie. Właśnie wracasz z kawy ze znajomymi. Śmialiście się, było dobre jedzenie. Opowiadałaś o tym, że masz nowy projekt, który został doceniony w pracy i masz mnóstwo energii i zapału. Czujesz, że to będzie Twój rok. Jedziesz do domu na rowerze, zauważasz pustą ławkę w parku, piękne wieczorne światło podświetla tylko ją w nadchodzącej z między drzew ciemności. Stajesz. Robisz zdjęcie. Ale niesamowity widok. W domu wieczorem przy winie edytujesz to zdjęcie. Jest pełne ciepła i wiosny. Zostawiasz kolorowe, nasycone, pachnące majem.

 

A gdyby tak po wejściu do domu rozproszył Cię kot, który domagał się głaskania i przeprosin, że on tu cały dzień sam samiutki i zupełnie już pusta miska a głaski z rana to skończyły się już przed południem. Odkładasz aparat. Wiadomo. Nie ma ważniejszych spraw od kociego szczęścia. Zasypiasz w fotelu głaskając puchatą istotkę. Rano w pośpiechu zmieniasz kartę w aparacie i wybiegasz w życie.

 

Jest listopad. Z projektu nici. Wszystko zaczęło się walić zaraz na drugi dzień po spotkaniu ze znajomymi. Tak głupio się pochwaliłaś! Przez całe lato desperacko ratowałaś resztki swoich planów i teraz jesteś już tak zmęczona, że w zasadzie wszystko Ci jedno. Jutro masz sesję. Cały dzień robienia zdjęć dla fabryki tokarek. A powinnaś być teraz zupełnie gdzie indziej. Zrezygnowana siadasz do komputera. Trzeba przygotować sprzęt. Bierzesz z szuflady pierwszą lepszą kartę pamięci, żeby wyczyścić ją przed jutrzejszym zleceniem. Trafiasz na zdjęcia z początku roku. Bez entuzjazmu przeglądasz, czy warto coś zostawić czy wszystko skasować. Ostatnie zdjęcie to zdjęcie pustej ławki w parku. Pusta ławka, ciemność dookoła czająca się, żeby wszystko zabrać. Teraz to widzisz. To był znak. Jakby wszystko, co popsuło się zaraz potem, zaczynało się od tego zdjęcia. Zostawisz je sobie. Jako przestrogę przed zbytnim entuzjazmem. Ciemne, kontrastowe, przygnębiające, aż trochę groźne.

 

Emocje opowiadają nam, co dzieje się w nas w danej chwili. Nasze zdjęcia opowiadają o naszych emocjach.

 

Proces tworzenia zdjęcia to nie tylko wciśnięcie spustu migawki. To także etap wyboru i edycji zdjęć, czyli retuszu (bądź ciemni, jeśli komuś dobrze w analogowym świecie płynącym spokojniejszym nurtem).

Na myśl o wspomnianym retuszu zdjęć, pojawia się nam przed oczami: komputer, program i cała masa skomplikowanych narzędzi.

Podczas, gdy wszystko to jest wtórne wobec nas samych, wobec naszych decyzji, emocji, odczuć, wobec tego, co chcemy pokazać.

“W procesie widzenia nie to jest ważne, co mechanicznie chwyta oko, lecz to, co człowiek uświadamia sobie ze swojego widzenia” - pisał Władysław Strzemiński [**].

 

Najważniejszym narzędziem retuszu jesteśmy my. Pamiętajmy o tym.

 

Ten post jest wstępem do tego wszystkiego, co chciałam Wam napisać o swojej fotografii i o tym, jakie przygody emocjonalne i techniczne spotykają mnie przed ekranem komputera z włączonym Adobe Photoshopem.

 

 

 A to są zdjęcia dolinki w Karkonoszach. Takiej jak widziałam ją w sierpniu 2019 roku.


* L. Heller, A. LaPierre “Leczenie traumy rozwojowej” - Wydawnictwo Instytutu Terapii Psychosomatycznej, Wrocław 2018

[**] Władysław Strzemiński, Teoria widzenia, Łódź 2016

Sesja dała mi poczucie, że mogę wszystko - opowieść Marty

Sesja dała mi poczucie, że mogę wszystko - opowieść Marty

„Nawet nie waż się być kimś mniej niż Możliwie Najlepszym Sobą!” – czyli marka osobista Bożenki z „Klanu”

„Nawet nie waż się być kimś mniej niż Możliwie Najlepszym Sobą!” – czyli marka osobista Bożenki z „Klanu”